Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 77
kroków od zemdlonej Izory, ale trwa tylko chwile. Alfred podwaja razy, zdaje się, iż nowej zręczności, nowych sił mu przybyto przeciwnik śmiertelnie raniony, padł u nóg jego w chwili, kiedy baron z Edwardem wchodzą do chatki.
Już mają wynieść Izorę z tego okropnego schronienia, na drożkę, gdzieby przy świeższem powietrzu odzyskała zmysły; lecz przeciwnik Alfreda oddycha jeszcze, daje znak, że chciałby mówić;... Otaczają, litość zastąpiła zemstę, chcą go jeszcze ratować — "Oszczędźcie sobie próżnego trudu" rzekł raniony konającym głosem: "czuję żem już blizki śmierci;. ale pozwólcie mi jeszcze spojrzeć na drogie rysy Izory... Ah!. nie ocucajcie ją póki ja nie umrę... Alfredzie... pomściłeś się za ojca... Jestem ten Sawini!.. kochanek nieszczęśliwej Adeli!..
— "Sawini!.." zawołał baron ze zgrozą.
— "Tak!.. teraz wszystko odgadłem!..; Izora jest moją córką... jest to dziecię mojej Adeli!.. a ja tylkom co nie był jej zabójcą!... ale nieba ochroniły mie od tego okropnego występku, dziękuję im za to!... Wspomnienie moje przykrem będzie temu dziecięciu!., ach! przyrzeczcie mi... przysiążcie, że jej nigdy nie powiecie, iż bytem jej ojcem!.. "
Przytomni temu, z trudnością wykonywają przysięgę, której zada Sawini, on całuje rękę omdlałej dziewczyny, z ostatniem wysileniem, pada na tył i umiera...
Izorę wyniesiono na drogę, i zaczęto ją trzeźwić. Otwiera oczy, ogląda się w około, i wydaje okrzyk podziwienia i radości, na widok swoich przyjaciół.
— "O mój Boże!... wyście mnie ocalili!.. " zawołała, lecz wkrótce spoglądając