Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 66
myśląc o Edwardzie; czasem mimowolnie jego imie z ust się jej wyrywa, wuia go: może jeszcze nie wszystkie nadzieje uszły z jej serca; lecz kiedy słabnie jej męstwo, kiedy Izora mocniej czuje okropność swego nowego położenia, naówczas starannie ukrywany wyjmuje medalijon, i upewniwszy się, że jej nikt nie widzi, okrywa pocałunkami obraz swej matki, który poprzysięgła niepokazywać nikomu. Zresztą nic może się nawet domyślić, żeby ta droga pamiątka, mogła zająć tych, z którymi życie przepędza.
Trzy Tygodnie upłynęło, jak Izora mieszka w chatce Karolka; przez ten czas, dwóch tylko w okolicy widziano pasterzy, i ci nawet nic przechodzili ciasną drożyną, lecz poszli inną drogą. Włóczęga tedy myśli, że choć tylko o mil co najwięcej dwanaście oddalona od Domu Bia-
łego, jego Izora jest tu bezpieczniejsza od poszukiwań jak w innym nawet kraju.
Izora siedzi na ławce przed pierwszym domkiem; południc blisko; ale słota, i nikt w taki czas nic ma ochoty podróżować po górach. Jednakże pastuch stoi na straży na pobliskiej skale, i sam włóczęga także, o kilka kroków oddalony od Izory, spogląda w około.
Nagle siary Karolek daje znak umówiony, oznajmujący o przybyciu podróżnych. Włóczęga wchodzi śpiesznie z dziewczyną do drugiej chatki w rozpadlinie, i wkrótce stary pastuch nadchodzi.
— "Cóż tam? " pyta włóczęga pastucha.
— "Trzech jakichś ludzi, których zdaleka postrzegłem na górze.
— "Trzech ludzi!.. Czy w tę stronę idą?
— "Oni zdaje się sami nie wiedzą gdzie idą.