Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 65
wprowadzi! do tego tajemniczego schronienia.
— "O mój Boże! rzekła Izora, rzucając się na kolana i wznosząc ręce ku niebu; jestem wprawdzie bardzo nieszczęśliwa; lecz jeśli zostając tu przez resztę życia, potrafię ocalić mojego opiekuna i jego syna od zemsty... niepowinnam narzekać! poddaję się bez szemrania memu przeznaczeniu."
Poruszony postępowaniem dziewczyny, włóczęga pozwala jej czasem odetchnąć świeżem powietrzem u wnijścia piewszej chatki; ale Karolek wówczas straż cokolwiek dalej odbywa, a najmniejszy szelest, na zbliżenie się czyje, Izora i jej towarzysz umykają do drugiej chatki. Rzadko się jednak zdarza, żeby wędrownik przebywał tę dziką drożynę, daleką od dróg bitych; a od dni piętnastu pobytu w tej rozpadlinie, Izora ledwie parę koz widzia-
ła, z zwieszonymi łbami nad dziurą, która jej służy za mieszkanie. Zdaje się poddawać swemu losowi; a jeśli czasem z ust jej imie Edwarda wyleci, to chyba kiedy sądzi że jest sama, i duma sobie pocichu.
Dla pocieszenia, sprawca jej nieszczęść zimno się odzywa. "Twój Edward nie lepszy od drugich, przeszliby jego miłości... bo wszystko w życiu przechodzi;.. byłby cię uwiódł,... opuścił,.. alboby żałował, że się z tobą ożenił, i byłby ci to wymawiał.. "
Izora milczy, ale niewierzy, żeby Edward mógł sobie tak postąpić; serce jej mówi, iż byłby ją zawsze kochał czule; że i teraz choć jej nie widzi, myśli o niej bez przestanku; jestto, ostatnia pociecha, ostatnie szczęście dziewczyny; czemużby go sobie przedłużyć się nic starała?..
Długie samotności godziny, przepędza