Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 64
i zatrzymał się. Izora, którą koniec lego opowiadania żywo poruszył, zbliżyła się mimowolnie do niego i rzekła rozczulona; "Ach! byłeś bardzo nieszczęśliwy!.."
Włóczęga spojrzał, przypatrzył się jej, zdaje się być mocno uderzony rysami jej twarzy i głosem woła: "To dziwna!.. Zdało mi się słyszeć... zdało mi się widzieć ją jeszcze!..
— "Kogo?" zapytała zwolna dziewczyna.
— "Tę, którą nad wszystko kochałem,... którą mi wydarto!. Tak,... ty masz jej rysy... słodycz jej spójrzenia;.. a może to tylko złudzenie... Wreście na len kraj patrząc, zapomniałem zupełnie o Baronie de Marsej, nienawidziłem go jeszcze, ale nie byłbym tych gór opuścił dla szukania go. Los pozwolił misie zemścić! Dowiedziałem się naprzód, że
przyjaciel Edwarda, Alfred, był synem Barona z pierwszej żony.
— "Alfred synem mojego opiekuna? zawołała zdziwiona Izora.
— "Tak, on jest jego synem, i dla lego to właśnie kilkakroć namawiałem Alfreda, aby cię wykradł... Chciałem go do tysiąca głupstw nakłonić... żeby się pobił z Edwardem,.. zgubą syna chciałem się pomścić na ojcu; ale Alfred oparł się swojej miłości... Niewiem prawdziwie na czembym stanął... Możebym we krwi jego zemsty szukał!.,. Lecz los lepiej mi usłużył... Dowiedziałem się od samego Alfreda, że człowiek z Domu Białego był jego ojciec; naówczas zmieniłem zamiary, i porywając ciebie, chciałem dać poznać Baronowi, choć cząstkę tej męki, której sam doznałem... Udało mi się... Teraz, moja mała, wiesz wszystko, i znasz powody, które mnie zmusiły, żem cię tu