Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 56
czeniu zszywała kozie skóry; zdziwiony jej powolnością i spokojnością, niemógł dłużej wytrzymać i zawołał:
— "Doprawdy, ty mnie zadziwiasz, moja mała; zaczynam się przekonywać, żem cię źle osądził, i ze przeciwnie zasługujesz, na dobre mniemacie, które o tobie mieli dwaj przyjaciele... Twoje posłuszeństwo... twoja prostota... Nie! ten Edward nie darmo cię kochał;... i chciał się z tobą żenić... A jednak te widywanie się twoje w Białym Domu, z tym człowiekiem!.. jakie cię z nim łączyły związki?.. dawnoż go znasz?... No!.. mów ze mną szczerze. "
Uczucie jakieś, którego sama Izora określić nie mogła, niepodobne wcale do bojaźni, skłaniało ją do prędkiego posłuszeństwa nieznajomemu: odpowiedziała mu wiec z westchnieniem: "Ja od dzieciństwa znam pana Zerwę...
— " Pana Zerwę! i nie mówił ci, że się nazwał dc Marsej?
— Nie, panie, nazywałam go zawszeŻerwe, i pod tem także imieniem znali go moi przybrani rodzice, Andrzej i jego żona.
— Tak... rozumiem!... chciał sobie być incognito... albo ty jesteś jego pobocznem dziecięciem,... albo cię, dla siebie wychowywał w nadziei, że będziesz kiedyś ładna, ze mu będziesz kochanką.
— Kochanką!., a! panie, mój opiekun kochał mię jak córkę;... lecz często mi powtarzał, że moi rodzice poumierali...
— I on to ciebie umieścił. u tych wieśniaków?
— Tak, panie. Naprzód rzadko się ze mną widywał... potem częściej... kiedym jeszcze była maleńka, brał mię na ręce, ściskał, całował. — Podrosłam, rozmawiał ze raną; uczył mie czytać, pisać,