Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 52
raz ostatni nie widziała nieba; ale jej towarzysz popycha ją nagle, i biedna Izora jest w mieszkaniu Karolka, którego drzwi zamknęły się za nią.
Wewnątrz domek składał się z dużej izby, wśród której kilka belek dźwigało wyższe piętro; na lewo był wielki komin, w którym się człowiek mógł nie zgarbiwszy pomieścić, a na prawo schodki pro wadzące na górę. Kilka zydlów, glinianych naczyń i słomianych króbek składały przęt cały.
Izora ledwie się w około obejrzeć mogła, za łzami, których jej oczy pełne były; siadła w kąciku izby, gdzie ledwie światło dochodziło, bo skała wznosiła się nierównie wyżej od domku. Myślała że ją zaprowadzą na górę, i czekała w milczeniu, póki się los jej nierozstrzygnie; lecz włoczęga dał znak Karolkowi ten poszedł w głąb izby i popchnąwszy
deskę, która się zdawała do ściany przybiła, pokazał otwór nierównie Światlejsze od izby.
— "Chodź tu, rzekł przewodnik Izory, dając jej znak, ażeby wstała. Ona słucha, przechodzi to ciasne przejście, i znajduje się w głębi szerokiej rozpadliny, i znowu niebo radośnie ogląda. To miejsce mogące mieć trzydzieści stóp obwodu, ze wszystkich stron otacza skała; miałoby wiele podobieństwa do słudni, gdyby nie to, że jest nierównie szersze; lecz światło padające z góry, daleko lepiej oświeca, niż wewnątrz chatki, otwór jest prosty i nic nie staje na zawadzie.
W głębi tego miejsca postawiono drugi domek drewniany, nie piątrowy. W tę to ustroń niedościgłą oku przechodnia, wprowadzają dziewczę, które dawniej