Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 51
jest okno, koło drzwi; a wszystko tak zrujnowane, że zdaje, się izby wszystko rozwaliło, byle tylko kopnąć nogą.
Towarzysz Izory położył zawiniątko i szpadę na drewnianej ławie przed domem; stuka do drzwi i woła mocnym głosem, odbijającym się między skałami: "Hola! he! Karolku!... hola!.. czy śpisz jeszcze leniuchu!.. Wstawaj!., to ja twój przyjaciel, włoczęga!.."
Przez czas niejaki, zdaje się jakby nikt tego głosu nie słyszał; wreście słychać zdaleka krok ciężki i powolny, idący dalej trochę jak z domku. Ten odgłos zbliża powoli; drzwi się otwierają, i mały człowiek sześćdziesiątletni, chudy, wątły, blado żółty, którego oczy otoczone czerwonym prążkiem, ociężałe głupstwo zdają się oznaczać, ukazuje się we drzwiach boso, okryły koziemi skórami, poprzywiązywanemi rzemykami, w kapeluszu
słomianym obdartym i dziurawym na głowie.
Człowiek ten, którego towarzysz Izory, nazywał Karolkiem, nie okazuje ani podziwienia, ani ciekawości, patrząc na tych, którzy stoją przed jego mieszkaniem, lecz podaje rękę włoczędze; i odzywa się głosem gardłowym i powolnym: "A! to ty! dawnoś już nie był u mnie..
— "No! ale za to teraz, to zdaje mi się żem przybył na długo, odpowiedział przewodnik Izory: przyprowadzam ci gościa, jak sam widzisz!. !" To mówiąc wskazywał na dziewczynę, na którą Karolek spójrzał obojętnie, mówiąc tylko: "A! tak!.. to kobieta!..
— "No! wejdźmyż tym czasem, potem pogadamy, rzekł włoczęga, dając znak Izorze, aby weszła do chatki, Dziewcze nie może przemódz się; ogląda się jeszcze w tył; lęka się żeby już po