Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 50
biegałem, i teraz także od kilku miesięcy!.. No! mała, ruszajmy, jeszcze milka, i będziesz już sobie odpoczywać do woli.."
Izora wstaje, i bierze znowu, za rękę swego towarzysza. Zchodzą z góry, potem w lewo przez skaliste i kręte ścieżki po skałach; co chwila droga staje się przykrzejszą; ziemia niepłodna, nieuprawna, zdaje się, że tu Judzka niepostała noga.
Rzadko kiedy widać pastusze chatki, i kozy dzikie, do których się zbliżają, uciekają od nich, bo nieprzywykły do ludzi. Przeszedłszy dość długi kawał drogi, po tych pustyniach, doszli wreście do ścieżki idącej między dwoma wzniesionymi skatami, i tak blisko schodzącymi się w górze, że tu zaledwie światło dochodzi do ciasnej dróżyny, na którą skały osiemdziesiąt stóp blisko się wznoszą.
Po tej to ciemnej i strasznej drodze, włoczęga prowadzi Izorę; dziewczyna zadrżała wchodząc i spoglądając na skały, które się zdają grozić upadkiem. "O! mój Boże!... czyż to tędy, zawoła drżąca.
— "Tak! tędy.. już przybywamy! odpowiedział jej towarzysz zatrzymując się u drzwi małego drewnianego domku na lewo ode drogi, przykrytego całkiem skałą, i podobnego wcale z powierzchowności do mieszkania pracowników kopalni.
Izora spogląda na to nędzne mieszkanie, które ostatniem swojem mniema być schronieniem; lecz milczy, łzy jej płyną, nic śmie probować nawet poruszyć błaganiem tego, który ją w to miejsce sprowadził.
Sądząc z powierzchowności, domek mały, musi być; ale piątrowy, z okienkiem w górze pod dachem. W dole jedno tylko