Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 47
woła patrząc na Izorę: "Otoż jest w mojej mocy, ta, która Baron tak tajemnie w tych górach odwiedzał!.. Ta wieśniaczka, której wychowaniem się trudnił.. którą ubóstwia zapewne! no! teraz przynajmniej zemstą się nasycę!.. Chciałem żeby ją Alfred uprowadził, chciałem go do tysiącznych głupstw nakłonić, chciałem żeby się pobił z przyjacielem; aleby to Barona niezmartwiło tyle, ile utrata tej dziewczyny. Tak!.. widm ja co to za męka, kiedy nam kto wydziera kochankę;... i ja kochałem Adelę także... Adela była moją;... uważałem ją jak żonę, a on mi ją wydarł!.. "
Kilka chwil upływa; włóczęga zatopił się w wspomnieniach. Lecz wreszcie spogląda znowu na Izorę i schyla. się ku niej, mówiąc: "Nie przychodzi do siebie!... ani się ruszy!.. gdyby umarła! O! ja niechce jej śmierci!.. nie!.. póki ze mną
to ona żyć może;.. ale nigdy z De Marsejem!.."
Bierze dziewczynę za głowę, podnosi ją.. opiera nakolanach, i stara się w swoim ręku, rozgrzać ostygłe ręce Izory. Szuka w zawiniątku; bierze co mu się pod rękę nawija, i ociera zmokłą twarz dziewczyny. Wreszcie na lice jej nieruchome zdaje się życie powracać; a bicie serca staje się coraz silniejszem. Izora otwiera oczy, spogląda w około, i przestraszona zadrzała, widząc się wśród nocy, lezącą na wierzchołku skały, głową na pieriach człowieka, który ją ze spokojnego jej uprowadził mieszkania.
"Uspokój się... przyjdź do siebie i nięlękaj się niczego, rzekł nieznajomy.
— "Ach! mój Boże, wiec to nie sen!.. rzekła podnosząc się zupełnie Izora, nie jestem już w chatce, w której mnie wychowano od dzieciństwa, w chatce An-