Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 43
Włóczęga przyciska ją do piersi, rzuca na bok tę, którą wziął był wprzód, lecz po chwili zastanowienia bierze ją znowu mówiąc: "Nie!.. ta mi posłuży do zabicia Smiałego do uprowadzenia dziewczyny... a przynajmniej bron moich lat młodych, tym się uczynkiem nic splami."
Naówczas gasząc latarnię, i kryjąc starannie obie szpady pod szeroką kapotą, włóczęga schodzi po kręconych wschodach i oddala się od zamku tąż samą drogą, którą przyszedł Wówczas spogląda na niebo, rachuje wiele mu nocy pozostało, i wiele czasu potrzeba na powrót do domku, odzywa się półgłosem: "Dziś zapóźno, odłożę to na jutro!"
Nazajutrz, kiedy noc pokryła cieniem doliny, włóczęga już jest na miejscu, przypatruje się wszystkiemu, nic nie ujdzie przed jego wzrokiem i przebiegłością.
Zapewnił się że w Domu Białym niema nikogo jeszcze, a Izora sama jedna jest u siebie. Wszystko przewidział, wyrachował; już stanął pod murem otaczającym ogródek Izory o kilka kroków, kładzie na ziemi przy drzwiczkach szpadę, mówiąc: "Ciebie, zabiorę jak będę wychodził"
Ledwie parę zrobił kroków, a wnet Smiały zaszczekał, i przybiegł rozjuszony do niego, lecz włóczęga spodziewając się tego napadu, przygotował się do obrony, sam podchodzi ku groźnemu zwierzęciu, i przebija go szpadą; mimo tej rany, pies skacze na swego przeciwnika, kąsa go dość silnie po twarzy i szyi, lecz wkrótce utratą krwi osłabiony, i przebity jeszcze trzy razy; padł biedny pies u nóg włóczęgi, który odrzucił natychmiast bron i poszedł prędko do pokoju Izory.
Dziewczyna siedziała smutnie w oknie: