Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 38
znaią tylko pod nazwiskiem Żerwe. Powiedziałem jej, że straciła rodziców, którzy ją memu powierzyli staraniu; i że na świecie ja tylko jeden zajmowałem się jej losem. Na cóż miałem napróżno zasmucać jej serce opowiadaniem cierpień matki. Dałem jej minijaturę Adeli, którą ona dla niej zostawiła, i kazałem przysiądz Izorze, że jej nigdy nikomu nie pokaże, jako tez, ze nie wspomni nikomu ani o mnie, ani o mojem przebywaniu w Domie Białym — i dochowała przysięgi.
— "Już blisko lat trzy jak wdowa Andrzejowa umaiła, zostawując swój domek Izorze, która w nim żyła, o tyle dostatnio, o ile można było nie obudzając podejrzeń. Po śmierci dobrej wieśniaczki, dałem jej stróża czujnego i wiernego; i sam coraz częściej przyjeżdżałem widywać się z córką mojej Adeli. Wówczas dopiero kiedy spokojni dolin mie-
szkańcy używali odpoczynku, światłem postawionem w oknie, oznajmowałem Izorze, żem przybył. W dzień obchodziłem piechotą, najpiękniejsze miejsca w Limanii, a nocą dopiero, tu wracałem. Sama jedna w tych górach, Izora była przecież szczęśliwą; śmiała się w duchu z przestrachu wieśniaków, którzy ją czarownicą nazywali, bo znała cokolwiek botaniki, i miała książkę o chowaniu i leczeniu bydła; często mi nawet powtarzała, że niczego sobie więcej nie życzyła, nie chciała; że całem jej szczęściem było mieszkać w pięknym domku swoim i pędzić kozy na góry. Ale miła dziecina nie znaią jeszcze miłości... Tyś przybył w tę dolinę, nadałeś Izorze nowe uczucie, żywsze, mocniejsze od innych; odtąd domek, kozy i pola, nie wystarczały jej już do szczęścia...
— "Dwa dni temu, wróciłem w te stro-