Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 31
przyjaźń ku tobie... ale, niestety! niemogłam być twoją żoną,... a jednak musiałam ojcu być posłuszną;... ojcu którego tak się lękam... którego gniew jest tak straszny!.. O! byłby mnie zabił, gdybym się była jego woli oparła!.. Wolałam posłuchawszy go odjąć sobie życie!.. proszę cię.. przebacz mi, i pozwól umrzeć!..
— "Nieszczęśliwa padała mi do nóg i wyciągała ku mnie ręce; podniosłem ją zaklinałem, aby się uspokoiła, żeby odtąd we mnie brata tylko widziała, przyjaciela, i nie ukrywała przedemną przyczyny swego smutku.
— "Chcesz tego, rzekła — będę ci posłuszną;... to wyznanie okropnem dla mnie będzie... łatwiejby mi umrzeć było, ale muszę spełnić tę karę. Mówiłam ci... żem niegodna nosić imienia twej żony... Kochani kogo innego; on mi mówił, że
wprzód umrze, nim mnie opuści.. Niestety!.. on uszedł jednak!... a jam wierzyła jego przysięgom!.. Sądziłam, że mój ojciec na nasze połączenie zezwoli;... lecz daleki od tego... odmówił nielitościwie ręki mojej temu, który mnie już żoną nazywał, a kiedym dała do zrozumieni memu ojcu, żem go kochała!... Ach gdybyś wiedział jak się okropnie rozgniewał!.. Przekonałam się, że byłby ranie zabił, gdy by się czego więcej dowiedział: "a ja niechciałem umrzeć z ręki ojca... Tak... jestem występną... i zgubioną... w łonie mojem, nosze owoc mojej zbrodni...
— "Możecie osądzić, jaki na mnie skutek zrobiło to wyznanie. Zazdrość, szał, opanowały zmysły moje. Chciałem zabić coprędzej Sawiniego, lub paść pod jego ciosem, bo choć swego uwodziciela nie wymieniła, nie mogłem nawet powątpiewać że to on był, o którym mi pan Mątfort wspominał, co tak bezczelnie uwiodł Adelę. Kiedy w uniesieniu mojem, przechadzałem się wielkiemi kroki po pokoju, przysięgając pomstę za tę nieszczęśliwą, która uczyniwszy mi to wyznanie, znowu utraciły zmysły. Blada, nieporuszona, leżała rozciągnięta na ziemi, ten widok przywiódł mie do siebie, wyrzucałem sobie barbarzyństwo moje; bo po wyznaniu swojem, Adela usłyszała zapewne moje groźby, które mi rospacz natchnęła, i które powiększyły jeszcze jej męki. Wziąłem ją na ręce; spoglądając na jej twarz tak miłą i ładną, i postanowiłem sobie, jeśli nie szczęście, to przynajmniej spokojność- powrócić jej duszy.
— Skutkiem starań moich, przywróciłem ją znowu do życia; lecz nieśmiała już spojrzeć na mnie, bała się widzieć