Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 30
ni, uważam iż drzwiczki wychodzące na ogród są otwarte, pomyślałem, że Adela może, czując się słabą, poszła odetchnąć świeżem powietrzem do ogrodu; idę wiec szukać jej.
— Ogrody były wielkie; szedłem śpiesznie; oczy moje usiłowały przejrzeć ciemne otaczające mnie ulice; serce mi się ściskało; niespokoyność wzrastała z każda chwila. Zbliżyłem się do pięknej sadzawki, oblewającej spory pagórek, gdy mi się zdało widzieć na brzegu, cień klęczącej kobiety. Podwoiłem kroku., lecz nim stanąłem u brzegu, ta którą widziałem, skoczyła w wodę. Ujrzałem na falach płynące białe szaty mojej Adeli.... Lecz w moment byłem przy niej; uchwyciłem ją i dostałem się do brzegu, wnosząc ją na ręku, do naszego mieszkania, gdzie nie wołając nikogo, sam ją trzeźwić zacząłem.
— "Adela nadto prędko była wyratowana, aby co jej życiu zagrażać mogło, w istocie, skutek uwieńczył moje starania; otwarta oczy i ujrzała mnie przy sobie, zalewającego łzami rączki które rozgrzać usiłowałem.
— "Ocaliłeś ranie! rzekła do ranie z boleścią.
— "Tak, rzekłem, tak... niebo pozwoliło, abym przybył w czas do przywrócenia ci życia... Lecz ktoż mnie teraz od rospaczy uratuje?... Kto uspokoi żal mój, żem był przyczyną tak okropnego dla ciebie związku?..! Adelo!.. musisz mnie bardzo nienawidzieć?.., musisz mieć ku ranie nieprzezwyciężoną odrazę, kiedyś śmierć nademnie przekładała?..
— "Adela zdawała się być rozczuloną moją rozpaczą; oczy jej łzami się zalały, i odpowiedziała mi łkając: Nie... ja cię nie nawidzę... czuję nawet najczulszą