Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 20
w tym celu oddalałem ją od świata, jakiegoś się mógł może domyślać.
— "Jakto panie?.. byćżeby mogło?.." zawołał Edward, którego zazdrość znikła, jak tylko te słowa usłyszał "Więc pan nie jesteś kochankiem Izory... ona mnie nie zwodziła, kiedy powtarzała, że mnie kochać będzie zawsze; ze o mnie nigdy myśleć nic przesianie!.. Łzy jej niezmyślone były... O! mój Boże!, mógłżem powiększać jej cierpienia, mojemi podejrzeniami i zazdrością!...
— "Nie czas tu teraz próżne żale rozwodzić, rzekł Alfred, trzeba ją wprzódy wynaleść. Jeśli ten, na którego mam podejrzenie, jest sprawcą, może się jeszcze w okolicy znajduje.. Ale... ten człowiek... tak zuchwały, mógł zaprowadzić Izorę do zamku;.... do wieży... może nawet do lochów!.. Nietrzeba zaniedbywać niczego. Biegnę do zamku;...
obejdę całą część niezamieszkałą do najmniejszego kątka....
— "Idź kochany Alfredzie; ja i pan Baron przebieżym przez ten czas okolice..; Ja! nieodpoczne na chwilę, póki nieznajdę Izory!..
— "Jutro o świcie, rzekł Baron, zejdziemy się do Domu Białego;... lam to, mój synu, opowiem ci przyczynę mego tajemniczego postępowania..;. Edward dowie się także o moich nieszczęściach... Kocha Izorę, ona go kocha;.. niech się dowie o tem, co się tycze jej urodzenia; potem rozważy, czy zechce się z nią ożenić.
— "Ach! zawsze!.. gdyby Bóg wie nieco! zawsze!"
Alfred niedozwala Edwardowi wspominać znowu o swojej miłości: daje mu do zrozumienia, że teraz pilniej jest szukać i odkryć tych, którzy Izorę uprowadzili.