Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 17
Alfred, jestto Edward; a chociaż cię tak nagle zatrzymał, bądź pewien, żeśmy się jeszcze na rozbójników nie wykierowali!.. Owszem!.. bieżym w ślad za tymi, którzy jedną dziewczynę porwali, a spostrzegłszy cię Edward, wziął za jednego z tych, których gonim..
— "Ty!.. w tych stronach!.. ty!.. tutaj!" rzeki znowu Baron, nic mogąc przyjść do siebie z podziwienia, a.. ta dziewczyna?..
— "To Izora! zawołał Edward.
— "Izora!, znasz Izorę!.. " zawołał Baron, którego niespokojność i podziwienie co chwila wzrastają: "Jakto!, więc to o tobie Edwardzie, tyle mi mówiła?..
— "Tak panie, ja to ją kochałem.: ubóstwiam dotąd, chciałem jej poświęcić imie, rękę moją, wszystko co mam, i nierozdzielić się z nią więcej... niewie-
działem że kto inny ma nad nią prawa... i że ten któś był ojcem Alfreda!, lecz teraz panie Baronie, myślmy tylko o tem, jak ją odzyskać... przybydź jej na moc;... mieszkanie jej puste;... Śmiały przebity; wszystko okazuje, że ją porwano.
— "Wielki Boże!.. biedne dziecię!.. Ale może ona jest w Domu Białym... ach! gdyby też ona mogła się lam była ukryć..: Chodźcie, chodźcie!... zostaje nam jeszcze ta ostatnia nadzieja, bodajby nam i jej niewydarto!"
Baron idzie szybkim krokiem, dwaj, młodzi za nim, wszyscy trzej milczą, jedna myśl, jedno tylko żądanie wszystkich zajmuje. Wkrótce przybywają do Białego Domu. Baron otwiera drzwi i wchodzi naprzód — W momencie ukrzesił ognia, i wszyscy trzej przebiegają ogród i dom cały: ale Izory niema.
"Ale jakżeby tu mogła wejść bez pana?"