Dom biały. T.5 (Kock Paul)
Strona 16
ciemnej nocy, dokądże się udasz?. czy nie lepiej poczekać do świtu?
— Czekać!., a ona może mię teraz na pomoc woła!... Wszystko oznaczać się zdaje że ta zbrodnia niedawno się popełniła;... Alfredzie!.. błagam cię.. daj mi pistolety!,. Czegoż się lękasz?. chcę twemu ojcu tylko powrócić Izorę!.. Gdyby on tu byt, byłby ją bronił!.. Chodź!.. Chodź!. przebiczmy te góry;... może czas jeszcze ją ratować."
Alfred przystaje na żądania przyjaciela; daje mu pistolet, drugi sam bierze, i stara się biedz za Edwardem, który szybkim krokiem przelatuje dolinę.
Czas pochmurny, ciemno, nic niewidać o kilka kroków. Edward często się zatrzymuje, słucha czy jakie nie dójdą go okrzyki, lub odgłos czyjego kroku. Minęli Dom Biały, idą ku Szadra. Alfred o kilka tylko kroków oddalony jest od
Edwarda, gdy słyszą że któś idzie przed niemi. Natychmiast Edward rzuca się; i nim go Alfred mógł przestrzedz, żeby był uważnym, już ten stanął przed kimś, zatrzymuje go nagle, i wota: "Zkąd?., dokąd?.."
Osoba, którą Edward zatrzymał, cofa się w tył krokiem, i wyjmując rękę zpod płaszcza, pokazuje mu pistolet, odpowiadając mocnym głosem: "Jakim prawem mnie pytasz?"
Na pierwszy dźwięk, tak dobrze jego sercu znanego głosu, Alfred skoczył naprzeciw Edwarda i zawołał: "Co robisz! nieszczęśliwy!. to mój ojciec!."
Baron de Marsej, on to był albowiem, krzyknął z podziwienia poznając swego syna, a Edward osłupiał.
" Tyż to Alfredzie?.. ty!.. nocą... w tych górach,... i z kim!...
— "O! uspokój się mój ojcze, odpowiedział